Tak... tak... słyszę to larum... ten krzyk... wiem... ta płyta to już tak opisana klasyka, że mógłbym sobie darować...

Pozwolę sobie jednak na kilka zdań na temat tego wiekopomnego dzieła napisać. I chociaż nie jestem kimś super ważnym, kimś kto może pisać o tej suicie, to wypowiem się.

Od kiedy pamiętam ten krążek, a właściwie dwa, pojawiają się w moim życiu. Jest mi doskonale znane to dokonanie. To co napisano, powiedziano, opublikowano to porażające. Zastanawiałem się "dlaczego?" Odpowiedź jak to zwykle bywa w moim przypadku nadeszła nagle i niespodziewanie. Nigdy nie odważyłem się zakupić tego albumu. Udało mi się natomiast zdobyć "The Final Cut", również cudne dzieło. "Ścianę" nabyłem nagle i to niespodziewanie. Gdy się przeprowadzałem z jednej nory do następnej ona znalazła mnie (przeznaczenie?). Rozpakowując swoje rzeczy i układając w meblach kolejnego miejsca tymczasowego pobytu znalazłem w szufladzie szafki pod wieżę kasety, a wśród nich The Wall. Minął jakiś czas zanim ją włączyłem. Pożyczyłem magnetofon i przesłuchałem. Za pierwszym razem nie dotarła, ale zaznaczyła się mocno we mnie.
Z czasem słuchałem jej coraz częściej. Przeczytałem słowa zawarte na niej. I powaliła mnie. Zaczarowała. Zrozumiałem jej fenomen. Jest czymś wyjątkowym. Nietuzinkowym. Działa na mnie i samą muzyką, jak i słowami. Pochodzi z czasów, kiedy powstawało mnóstwo podobnych dzieł. (tak, tak wiem... nie ma sobie równych) Nie będę tu ich wymieniał. To muzyka z czasów, które pod względem muzycznym kocham najbardziej. Końcówka lat 70-tych i dekada lat 80-tych. I tak naprawdę ukochałem ją. A jaka jest dla mnie. Na pewno ponadczasowa. Niosąca wiele przesłań. Jakże aktualnych. Właśnie dziś!
Podobne mi osoby zrozumieją i będą wiedziały mi o czym piszę. Nie będę się rozwodził...

Niech wypowie się sama... i nie tylko "ściana", ale inne płyty ów zespołu też...