Tutaj tło jest jak najbardziej na miejscu... CZERŃ... no w końcu to Depeche Mode...

Ja sam już nie wiem ile i co zostało napisane o tej grupie... Jej fanów jest takie mrowie, że aż boję się cokolwiek napisać.



Black Celebration, 1986r.

Muzyką Depeche Mode zaraziłem się w 1986 roku, jednakże pierwszy kawałek jaki poznałem to "Master and servant". Niestety nie kojarzyłem go z nimi i nie miał wpływu na mnie. Może tylko dlatego, że wtedy jeszcze słuchałem muzyki z radia i telewizji i nie zwracałem specjalnej uwagi na zespoły, nazwy, tytuły etc. Wrócmy jednak do roku 1986. "A Question Of Lust", bo o tym utworze chcę napisać, mnie zaczarował. Mająć niespełna 14 lat nazwa grupy Depeche Mode odbiła się głębokim echem w moim muzycznym ja. I po kolei... "Balck Celebration" nagrana z jakiejś kasety marnej jakości. Następnie "Music For The Masses" i cudny kawałek "Strangelove". W końcu w wakacje w publicznej telewizji w programie 2 skrót koncertu 101. Pamiętam, że pierwsza płyta kompaktowa, którą wypożyczyłem z wypożyczalni w Jeleniej Górze to była "Black Celebration". Najśmieszniejsze w tym było to, że nie miałem wtedy odtwarzacza CD. Miałem ją dla textów, wszakże wtedy nie było internetu.


Violator, 1990r.
W końcu udało mi sie zebrać całą oficjalną albumową dyskografię. Stało sie to już w roku 1990. Po ukazaniu się krążka "Violator". Szaleńśtwo jakie ogarnąło świat na ich punkcie było zatrważające. Całe stada ludzi, którzy usłyszeli "Personal Jesus" i "Enjoy The Silence" zwali siebie szumnie "depeszami". Mnie to śmieszyło. Ja już znałem ich i kochałem od 4 lat. Szkokowało i dziwiło mnie takie zachowanie. Ubrane na czarno panienki i ogoleni chłopacy. Ja w tym czasie ubierałem się jak Robert Smith. A tak na przekór trochę i dlatego, że wtedy ukochałem ten zespół. Nie o nim tu jednak mowa. Czas jednak płynął i jakoś przerwałem słuchanie ich muzyki. W sumie na dość długo. Gdzieś 1991 roku zgasło zamiłowanie do tej muzyki. I to na dość długo...

W międzyczasie wyszły dwie płyty. Minąłem je w ciągu tych lat obojętnie. Dwie, a nawet trzy teraz bardzo ważne płyty dla mnie.


Songs Of Faith And Devotion, 1992r.

Ultra, 1997r.

Nadszedł rok 2000 i utwór "Dream On". Pierwszy raz jak go usłyszałem to od razu skojarzył mi się z czarnym kolorem. Niemniej jednak nie z DM. Potem nagle skojarzyłem, że to oni. W pracy znajomy, wierny i oddany ich fan, mnie uświadomił. I to co spało tyle lat obudziło się. Urosło do niebotycznych rozmiarów. Zasłuchiwałem się wszytkimi płytami. Poznałem "Ultra"(padłem na kolana), "Songs Of Faith And Devotion"(ukochałem ze wszechmiar).



Exciter, 2000r.
Przyszedł jednak dzień "Exciter'a". Pamietam kupiłem ten krążek w przeddzień premiery(dar przekonywania). Włączyłem i nie przesłuchałem. Nie trafił do mnie.
2 wrzesnia 2001 roku pojechałem na Służewiec na ich koncert. I w tym momencie znów nastała ich era. Słuchałem ich na okrągło. Bez przerwy. Exciter'a zamęczyłem w odtwarzaczu CD. Potem nastała burza w moim życiu. Mój świat muzyki umarł na jakiś czas.








Playing The Angel, 2005r.
Płyta "Playing The Angel" jest zupełnie inna i jakoś się nie mogę się do niej przekonać. Może to nowe Depeche Mode jest dla mnie za trudne. Może. Jednakże wrócę kiedyś znów do tego zespołu i z wielką siłą będę przeżywał ich muzykę. Obecnie nie jest dobry czas na jej słuchanie. Po prostu czeka na swój czas. Niemniej jednak to bardzo ważny zespół dla mnie. Jeden z najważniejszych.