To jedna z moich najulubieńszych grup. Słucham ich od zawsze. Zarażony płytą Disintegration i słowami

"Pocałuj mnie na pożegnanie wypychając mnie nim zasnę,
Czy nie widzisz że próbuję pływać w tej samej głębokiej wodzie co ty,
To jest trudne
Utopieni w płytkiej wodzie tracą mniej niż my
Szepczesz, i ten dziwny grymas twoich ust i
będziemy razem..."


Pamiętam jak w 1989 roku leżąc już w łóżku jako 16 letni chłopak o 22.00 w programie 2 polskiego radia w audycji "Słuchajmy razem" Tomasz Beksiński zaprezentował tą płytę. Mimo, że z list przebojów juz znane były "Lullaby" i "Love Song" to dzięki niemu sięgnąłem po ta płytę. Był to czas kiedy jeszcze jakość nagrań na kasetach pozostawiała bardzo wiele do życzenia. Niemniej jednak oczarowany muzyką zasłuchiwałem się wieczorami ów zespołem. Później przyszły czasy płyty Pornography i słowa

"It doesn't matter if we all die..."

i kolejne uniesienia, a właściwie pierwszy raz zastanowienie się nad sensem istnienia. "To nie ma znaczenia, że wszyscy umrzemy" te słowa musiały sparaliżować w połączeniu z dźwiekami Cold Wave. To było zimne do granic możliwości, ale poruszało, coś budziło i coś usypiało. Tak początki mojego słuchania The Cure zaczęły się wtedy. To był dziwny czas...



I zawisł ogród w dziwnym dniu podczas krótkotrwałego szoku termicznego ... mej duszy i ciała... i czułem się jak w pornografi... nagi... odsłonięty... roznegliżowany...

I tak poruszałem się poprzez muzykę grupy Pana Smith'a... Odkrywałem... Poznawałem... Co tu dużo pisać...

 

POSŁUCHAJCIE SAMI....